Pokazując znajomym zdjęcia węży, często obserwuję ich reakcję lękową na niegroźne przecież fotki.



Tak jak w przypadku pająków, strach i niechęć do tej grupy zwierząt, jest zupełnie irracjonalny. Wiara w nadprzyrodzoną moc i siłę węży bierze się prawdopodobnie ze szczególnych cech wyróżniających te zwierzęta od wszystkich innych istot żywych.



Węże mają zgrabną i smukłą postać, nie posiadając kończyn. Respekt wzbudzają błyszczące i przenikliwe oczy o różnego kształtu i barwie tęczówek. Gady te mają połyskującą i w bardzo wielu przypadkach pięknie ubarwioną skórę. Pomimo braku nóg poruszają się szybko i cicho, płynnymi wijącymi się ruchami –hipnotyzującymi widza.



Daje to wrażenie niespodziewanego pojawiania się i znikania-a to wzbudza lęk i szacunek. Najwięcej emocji wzbudza fakt okresowego zrzucania zewnętrznej warstwy skóry (tzw. wylinka),



po którym to akcie wąż jest jeszcze piękniejszy i bardziej kolorowy –niż przedtem. Starożytni wierzyli, że węże w ten sposób przywracają sobie młodość.



Stąd wiara w długowieczność a nawet nieśmiertelność tych gadów. Grozę też budziła niezwykła siła jadu niektórych węży, sugerująca prostym ludziom wiarę w nadnaturalną moc tych zwierząt.



Sumerowie wierzyli w moc przywracania sobie młodości przez węża. Mówi o tym legenda o Gilgameszu (pół-legendarnym władcy sumeryjskiego miasta Uruk). Gilgamesz, szukając sposobu na nieśmiertelność, dowiedział się, że na dnie morza znajduje się „roślina życia„ dająca nieśmiertelność.



Po wielu trudach i niebezpiecznych przygodach zdobył ją. Gdy wiózł ją do domu, zatrzymał się przy studni aby napić się wody. Roślinę życia postawił obok. W tym momencie źli bogowie wysłali węża, który pożarł roślinę.



Odtąd z woli niebios wąż się odmładza – okresowo zrzucając skórę. Wąż towarzyszy ludziom od początków trwania gatunku ludzkiego, został wymieniony nawet w Biblii. Trucizna duchowa, którą przekazał Ewie, była nie mniej groźna, niż prawdziwy jad.



Skusił bowiem Ewę do popełnienia grzechu pierworodnego. Stał się przez to biblijnym symbolem zła, chytrości i podstępu. A tak naprawdę ? To co intryguje –to fakt, że wąż nie może gryźć i żuć jak pozostałe zwierzęta.



Ma bowiem czaszkę typu kinetycznego, to znaczy na ruchomych zawiasach. Może tylko kąsać –a potem zdobycz połyka w całości (niejednokrotnie kilka razy większą, niż jego głowa).



Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że trawienie połkniętej ofiary, odbywa się w przewodzie pokarmowym węża dopiero w temperaturze otoczenia wyższej niż 15 stopni Celsjusza.



Czyli nawet najedzony - umrze z głodu, gdy będzie zimniej niż wynosi jego najniższa temperatura trawienia. Węże bowiem należą do istot zmienno - cieplnych a w niskich temperaturach zapadają w stan hibernacji.



W Polsce nie mamy zbyt dużo węży (stosunkowo zimny klimat). Występuje u nas: zaskroniec zwyczajny, gniewosz plamisty i wąż Eskulapa.



To przedstawiciele węży niejadowitych - ich najważniejszą cechą (niezależnie od umaszczenia) są okrągłe źrenice oczu!


Jedyny przedstawiciel węży jadowitych – żmija zygzakowata



–ma (niezależnie od ubarwienia) pionowe źrenice oczu, dowodzące (tak jak u kota) - jej nocnego trybu życia. W naszym kraju możemy się jeszcze natknąć na beznogą jaszczurkę –



padalca – która też ma okrągłe źrenice oczu. Jest zresztą przysmakiem naszej żmii zygzakowatej, która chętnie poluje na tego gada - a masowe „wyrojenie się" padalców



jest gwarantem, że niedługo potem w tym terenie pojawią się masowo żmije. I powstanie na kilka dni lub tygodni żmijowisko!



Do penetracji terenu, w poszukiwaniu węży, potrzebny jest ktoś, kto nieustannie chodzi po lesie.

 


Wskazane jest więc utrzymywanie dobrych stosunków z miejscowym nadleśnictwem i strażnikami leśnymi.



W dobie telefonów komórkowych – informacja błyskawicznie dociera do mnie.Po kilkudziesięciu minutach – mogę więc być na miejscu i fotografować!



Te gady unikają spotkań z ludźmi ,można więc je spotkać w miejscach dla człowieka trudno dostępnych: w okolicach bagien, na terenach podmokłych.



W górach zajmują stanowiska wszędzie tam, gdzie rosną kępy kolczastych krzaków jeżyn, znajdują się osypiska skalne lub kryją się wśród powywracanych przez wiatr drzew. Utrudnia to w sposób zasadniczy dotarcie do nich, w dodatku z dźwiganym, ciężkim sprzętem fotograficznym.



W górach, w trakcie chodzenia po stromych zboczach i załomach skalnych, przydaje się też lekka uprząż taternicza i lina do asekuracji. I wreszcie sprawa najważniejsza – przewodnik ,znający teren i doświadczony w turystyce górskiej oraz znający zasady sanitarne w razie nieszczęścia. Ubezpieczał mnie i prowadził w miejsca, gdzie gady występują najczęściej.



Bardzo ważną sprawą jest mobilność naszego sprzętu fotograficznego, bowiem o statywie w takich wypadkach, raczej możemy zapomnieć. Przedzieraliśmy się przez gęste zarośla, wdrapywaliśmy na strome zbocza ,stawaliśmy na skraju urwiska, w gęstej roślinności. Jak to pogodzić ze sprzętem fotograficznym, ważącym około 9 kilogramów, który w dodatku ma być cały czas gotowy do użycia? Skopiowałem pomysł, podpatrzony w filmie „Przystanek Alaska”, na którym aktor fotografował wędrowne ptaki, przy pomocy zestawu fotograficznego, zamontowanego na kolbie karabinowej.



Dodałem do tego kilka własnych usprawnień i tak oto powstał... foto – karabin. Kolbę karabinową z uchwytem pistoletowym (od starej wiatrówki) kupiłem w sklepie myśliwskim.


 


W sklepie sportowym, w dziale żeglarskim kupiłem podłużne zawiasy, używane w żaglówkach. Zamontowanie metalowej, podłużnie nafrezowanej szyny, okazało się zadziwiająco łatwe. Po co więc zawiasy? Otóż, żeby cały sprzęt podmontować do szyny, trzeba go przykręcić od spodu (a pod spodem jest kolba). Montaż musi więc uwzględniać czasowe odchylenie szyny w górę lub w bok.



Dopiero wtedy na szynie przykręciłem teleobiektyw, teleconverter i aparat fotograficzny. Po opuszczeniu, szyna ze sprzętem, została przykręcona do kolby dwiema śrubami. Powstała z tego konstrukcja pośrednia między statywem barkowym a Kałasznikowem – bardzo poręczna do przenoszenia w trudnym terenie. Spreparowany w ten sposób zestaw był w każdej chwili gotów do użycia.



Potem pozostało już tylko wytropić polujące lub wygrzewające się w słońcu węże i... fotografować.


 


Próba odpędzenia kąsających owadów, powoduje ucieczkę pełzających modeli, dlatego warto zaopatrzyć się w siatkę przeciwkomarową, nałożoną na stałe na kapelusz. Oczywiście, zakładając „bliskie spotkania” z jadowitymi żmijami zygzakowatymi,



podejmuję wszelkie możliwe środki ostrożności, żeby fotografowanie odbywało się we względnym komforcie psychicznym. Po pierwsze – ubezpiecza mnie druga osoba, umiejąca robić zastrzyki i znająca zasady postępowania w przypadku ukąszenia przez jadowitego węża.



Po drugie- wypożyczyłem ze swojego szpitala (można na receptę zamówić w aptece) antytoksynę przeciwko jadowi żmii zygzakowatej (vipera berus), która występuje na terenie naszego kraju. Po ewentualnym ukąszeniu, po próbie odessania jadu (ustami lub przyrządem, podobnym do ssawki, wytwarzającym podciśnienie), należy antytoksyną wstrzyknąć wokół miejsce ukąszenia a resztę ampułki podać domięśniowo w ramię (w wypadku ukąszenia w rękę) lub w pośladek (w wypadku ukąszenia w nogę).



Po trzecie, mam założone buty z wysokimi cholewkami i wpuszczonymi w nie spodniami a w spodnie wsypany grysik styropianowy, używany do transportu elektroniki. Czasami zakładam też długie buty gumowe- wodery- używane przez spinningujących wędkarzy.



Tego typu osłon nie przebiją na pewno krótkie (3 do 5 mm) zęby jadowe naszej żmii zygzakowatej. Ponieważ jest ona zwierzęciem stosunkowo małym (ok. 60- 80 cm) jej zasięg ataku wynosi około 50 cm w górę. Wtedy, wyżej wymienione zabezpieczenia w zupełności wystarczają do fotografowania tego gatunku. Aby zakończyć sprawy bezpieczeństwa przy fotografowaniu żmij, chcę przedstawić zdjęcia 22 letniego młodzieńca,



który w lesie zbierał chrust. Dostrzegł on na ziemi srebrno - czarną żmiję zygzakowatą, zwiniętą i wypoczywającą. Ośmielony jej małymi rozmiarami, pochylił się i dźgnął ją patykiem – bo chciał zobaczyć jak będzie wyglądała rozwinięta. Ta - błyskawicznie zaatakowała i ukąsiła go w nasadę palca wskazującego. Do najbliższego punktu medycznego dotarł po godzinie,



szukanie szpitala, który dysponował antytoksyną, przeciwko jadowi żmii, zajęło następne 2 godziny. Czyli praktycznie – działanie jadu mogło zaprezentować się w całej swej sile. Uratował go fakt, że miał silny i zdrowy organizm oraz to, że od początku otrzymywał leki przeciwwstrząsowe i przeciwbólowe.


Przy ukąszeniu żmija zygzakowata wydziela ok. 10 % jadu, znajdującego się w jej gruczołach , jest to dawka ok. 10- 20 mg. Ponieważ dawka śmiertelna dla zdrowego, dorosłego człowieka wynosi 30 – 40 mg , to rzadko ukąszenie ( nawet bez udzielonej pomocy) powoduje zgon. Oczywiście dzieci i osoby starsze są w większym niebezpieczeństwie.



Prezentowane zdjęcia ukąszonego młodziana wykonałem w tydzień po zdarzeniu- gdy już trochę doszedł do siebie. Niech będą przestrogą dla zbyt pewnych siebie fotografów. A my wracamy do naszych zdjęć.



Sygnał do Foto – Safari przyszedł w piękną, słoneczną sobotę. Odebrałem telefon, że jeden z leśników wypatrzył żmijowisko w miejscu, gdzie tydzień wcześniej masowo wyroiły się padalce. Natychmiast podjąłem decyzję o wyjeździe. Na miejscu byłem po 40 minutach jazdy. Wysoka ściana lasu, piaszczysta, leśna droga z ruinami starej leśniczówki na poboczu. Zarośnięty stary sad a wokół młodniki, na obrzeżach obsadzone brzozą.



W tych ruinach zagnieździły się żmije- mając do dyspozycji zachwaszczone pole uprawne, niewielki staw w pobliżu i gąszcz jeżynowych krzaków, gęsto porastających skraj lasu. Padalce masowo pojawiły się w okolicach wody, na starym polu, gdzie kiedyś uprawiano truskawki. Na obszarze kilkunastu metrów kwadratowych, zobaczyłem przez lornetkę około 20 żmij



zygzakowatych, różnie ubarwionych i różnej wielkości. Jedne wypoczywały, grzejąc się w słońcu a inne polowały. Przyznam z pokorą, że nie odważyłem się wejść bezpośrednio na ten teren. Schowałem się za załomem muru i z aparatem na monopodzie, wyczekiwałem na któregoś z gadów,



któryby zaczął polować w pobliży mojej osoby. Trwało to około pół godziny. Gdy już nieźle zacząłem się pocić, jedna z większych żmij obrała kierunek na mnie. Na jej drodze pojawiły się 3 różnej wielkości padalce, lśniące w słońcu miedzianą barwą. Jeden z nich, zbliżył się nieostrożnie do przyczajonej na ściętym pniu żmii, którą zainteresował ruch w jej otoczeniu.

Wygięła szyję w kształcie litery S i gdy padalec znalazł się w jej zasięgu – zaatakowała! W moim Nikonie F- 90 X miałem zdjęcia nastawione na serię i czas około 1 \ 500 sekundy. Po wbiciu zębów w ciało padalca, błyskawicznie się wycofała, by po kilku sekundach znów uderzyć. Beznoga jaszczurka przestała się poruszać po ok. 3- 4 minutach. Wtedy agresor podpełzł do niego i zaczynając od głowy, przystąpił do połykania ofiary w całości.



Wykonałem z tego procesu kilka ujęć- potem musiałem odejść w cień, by zmienić film w aparacie. Gdy wróciłem- żmii już nie było ale chmara padalców pełzała w różnych kierunkach po omszałych ruinach. Zmieniłem miejsce zasiadki, wchodząc głębiej.



Stanąłem też w cieniu, tak że mój strój zlał się optycznie z porośniętymi mchem ruinami chałupy. W pewnym momencie, w zasięgu mojego teleobiektywu pojawił się mały wąż, którego wziąłem za jednoroczną żmiję. Zaatakował on jednego padalca (większego od siebie!) – ale w walce, zachowywał się inaczej niż żmija.



Kąsał bez przerwy a po ugryzieniu nie puszczał, kotłując się ze swoją ofiarą. Po wykonaniu zdjęć okazało się, że był to gniewosz plamisty, obok zaskrońca i węża Eskulapa, przedstawiciel naszych węży niejadowitych. Ruch, jaki podczas tych zapasów powstał – zainteresował kilka żmij, które zaczęły podpełzać w tym kierunku. Ponieważ był to kierunek na mnie, zacząłem się z lekka niepokoić, bo odcinały mi drogę wyjścia z ruin...



Ale fotografowałem bez przerwy. Nadpełzające żmije osaczyły kotłujące się gady. Jedna ze żmij błyskawicznie zaatakowała i ukąsiła walczącego padalca . W tym momencie gniewosz plamisty zorientował się, w jakim jest niebezpieczeństwie. Uciekając, wpełzł na stos suchych desek. Ale żmije dogoniły go szybko, były przecież od niego wielokrotnie większe.



Jedna z nich precyzyjnie wykonała atak. Gniewosz wykonał dwa uniki ale w końcu nadział się na zęby jadowe. I tu dałem plamę, bo skończył mi się film w aparacie! Nie mogłem więc sfotografować procesu połykania ofiary... Wycofując się tyłem, kątem oka obserwując, podpełzające coraz bliżej jadowite gady


nadepnąłem na coś miękkiego... Rozległ się przeraźliwy syk i poczułem uderzenie w stopę, jak gdyby ktoś uderzył mnie szyszką. Szczęście, że w ostatniej chwili podparłem się monopodem i nie upadłem... Nadepnąłem niechcący na żmiję, która natychmiast zaatakowała! Włosy równiutko stanęły mi dęba!  Szarpnąłem nogą, odrzucając gada dobre półtora metra od siebie. Wydarłem z ruin – chyba pobijając rekord na „setkę”.

Znajomy strażnik leśny przeraził się moim wyglądem. Czerwony, zziajany i spocony – zdjąłem gumowca i zacząłem szukać miejsca po ukąszeniu. Na szczęście nie znalazłem! ... Za to w gumie buta tkwił ząb jadowy,



który żmii niechcący po szarpnięciu nogą - wyrwałem (odrośnie jej za jakieś trzy tygodnie). Ten ząbek będzie stanowił cenne trofeum i przypomnienie na przyszłość, że w ferworze robienia zdjęć, trzeba też zadbać o własną skórę...