Historia drewnianego słupa....

Był sobie drewniany słup. Sosnowy, nie okorowany, długości około 3 metrów.



Pewnego razu ludzie załadowali go na samochód i zawieźli na skraj wielkiej łąki pośród wzgórz, wkopali pionowo w ziemię a do niego przybili tablicę z napisem „Teren prywatny”. Następnego dnia chłopcy, bawiący się w pobliżu w chowanego, zerwali tablicę i wynieśli ją – w sobie tylko znanym kierunku.



I stał słup na skraju łąki i nudziło mu się bardzo... Ale miał jedna ,niezaprzeczalną zaletę- był wysoki i górował nad okolicą. Ptaki drapieżne, które w tym rejonie polowały, zaczęły go używać jako miejsca odpoczynku oraz świetnego punktu obserwacyjnego na cały pobliski teren.



Mijały miesiące, łąka zarosła chwastami i pojedynczymi krzakami. Od czasu do czasu obok słupa przechodził człowiek, ubrany w zielony strój maskujący, który trzymał w ręku aparat fotograficzny z imponującym teleobiektywem. Traktował słup jako punkt orientacyjny w terenie, porośniętym przez coraz wyższe samosiejki brzozy oraz krzaki.



Pewnego razu, późnym wieczorem, wracając z sesji zdjęciowej w lesie, fotograf zauważył, że na czubku słupa siedzi dorodny jastrząb i oskubuje upolowanego gołębia. Zainteresował się tym faktem i zaczął przez kilka kolejnych dni z rzędu obserwować ten teren. Okazało się, że w różnych porach dnia, słup służy za przystanek kilku gatunkom ptaków.



Lądowały i odpoczywały na nim: dwa jastrzębie (samiec i samica), pustułka, myszołów a późnym wieczorem, to miejsce w posiadanie obejmował jakiś nocny skrzydlaty drapieżnik. Pod słupem, zaczął się gromadzić pokaźny stosik oskubanych piór i sierści oraz wypluwki z kośćmi drobnych gryzoni- wskazujące na sowę lub puszczyka.

Zainteresowany resztkami, fotograf przeczesał okolicę i pół kilometra dalej, w dziupli starego drzewie, znalazł sprawcę. Był to dorodny puszczyk. Udawał że ignoruje intruza ale jednocześnie śledził jego ruchy bardzo uważnie spod półprzymkniętych powiek. Ponieważ dziupla była ciemna, człowiek w zielonym uniformie musiał użyć lampy błyskowej. Na szczęście błysk nie wystraszył drapieżnika, był raczej zdziwiony.



Człowiek w maskującym stroju (którym, jak się Państwo domyślacie – ja byłem) coraz częściej przebywał w sąsiedztwie słupa i godzinami, ukryty w krzakach obserwował i fotografował. Dziwił się przy tym coraz bardziej (z upływem czasu) ile gatunków zwierząt odwiedza to miejsce, nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Sfotografował jastrzębie, myszołowa, pustułkę, sójki, zające, koziołki i sarny, łabędzie



przelatujące w pobliżu. Dorodna łania (samica jelenia) upatrzyła sobie tę okolicę i mimo, że za każdym razem wyczuwała mój zapach
i słyszała szum silnika aparatu fotograficznego



nigdy mnie nie zlokalizowała. Z nabożnym wprost szacunkiem rejestrowałem, jak Matka Natura mądrze to wszystko ułożyła. Myszołów polował przecież z tego samego miejsca, co jastrząb. Ale ze słupa, myszołów odlatywał w prawo (w kierunku otwartych pól).



Jastrząb natomiast startował w lewo (w kierunku ściany lasu i zgrupowań wysokich drzew). Wydedukowałem więc, że ich tereny łowieckie nieco się zazębiają i słup stanowi ich wspólną granicę. Pustułka (wielokrotnie od nich mniejsza) pojawiała się w godzinach południowych. Siadała na palu ,by odpocząć i zrobić toaletę piór. Często też w okolicznych krzakach polowała na mniejsze ptaszki z gatunku wróblowatych, które doganiała w locie i strącała w powietrzu -uderzeniem szponów w głowę lub szyję ofiary.



Raz na słupie wylądował ptak, którego nie mogłem rozpoznać. Sfotografowałem go i po wywołaniu zdjęć, zacząłem przepytywać znajomych leśników. Ustalili, że był to sokół górski, zwany rarogiem. Jest w Polsce dość często hodowany przez sokolników jako ptak gończy.



Oryginalnie występuje na terenie Bałkanów, więc musiał się prawdopodobnie zagubić jakiemuś hodowcy.... Tu mała dygresja na temat sprzętu. Z teleobiektywów, aktualnie dysponuję tylko (niestety!) dwusetką o jasności 4,0. Moja ukochana trzysetka, spoczywa gdzieś na dnie topieli w rejonie Golcowych Bagien (okolice Wałcza). Fotografowałem wtedy rosiczki. Zrobiłem błąd, udając się na bagna


 


samotnie. Za jedyny swój plus uznaję tylko to, że przed wejściem na bagno, obwiązałem się cienką linką w pasie i przywiązałem ją do okolicznego drzewa.



Linka miała około 50 m i uratowała mi życie. Gdy nagle zacząłem się zapadać a potem przy szamotaninie (gdy już mi włosy stały dęba ze strachu) wpadłem w topiel do pasa, dzięki niej w pozycji leżącej powoli wydobyłem się z matni, modląc się gorąco, żeby przypadkiem cienka linka nie pękła. Oczywiście w trakcie szarpania się w błocie, wypuściłem z rąk aparat z teleobiektywem, który zrobił „gul- gul” i zniknął w bagnie na zawsze.



Ale wracajmy do tematu. Krzak, w którym mam zakomponowaną kryjówkę, jest dość blisko słupa a następne (w których mógłbym się ukryć) –są już za daleko, jak na ogniskową 200mm ,którą dysponuję. Skazany więc jestem na robienie półportretów ptaków, siadających na słupie. Sytuacja się zmienia, gdy któryś z nich przysiądzie na ziemi w odpowiedniej odległości od mojej kryjówki.



Ptaki drapieżne są bardzo wyczulone na obcy im dźwięk lub ruch w otoczeniu. Dlatego czatownia jest tak zbudowana, że nic w niej nie widać z zewnątrz. Jest więc w środku duszno i niewygodnie. Dla poprawy samopoczucia, na okres zdjęć,



wnoszę do niej stołek myśliwski z oparciem, na którym od biedy mogę przesiedzieć 2- 3 godziny bez ruchu, mając aparat fotograficzny na statywie, wycelowany teleobiektywem w szczyt słupa. Drapieżniki słyszą dźwięk migawki i silnika aparatu fotograficznego,



ale przytłumiony- więc nie lokalizują go. Po rozpoczęciu zdjęć z reguły zrywają się do lotu, wykonują kółko w powietrzu i wypatrując zagrożenia a następnie wracają na miejsce, potem już lekceważąc szmer migawki. Ale pamiętajcie Państwo o zasadzie wszystkich fotografów przyrodniczych,


 

 

że pierwsze zdjęcie – może być tym ostatnim (bo model ucieknie!). Na początku więc ,nastawiam mojego F –90X na szybką serię zdjęć.



Dopiero, gdy mam już kilka ujęć, przełączam obiektyw na śledzący autofokus i delikatnie (żeby nie było widać ruchu) prowadzę obiektywem obserwację przyległego terenu. Oczywiście, wymaga to wcześniej usunięcia wokół słupa wysokich traw i źdźbeł,



które optycznie „zanieczyszczają” kadr. Robię to raz na dwa tygodnie, przy pomocy zwykłej kosy, pożyczonej od okolicznego gospodarza. Jak na razie ten sposób fotografowania się znakomicie sprawdza. Stacjonarna kryjówka ma tę zaletę, że możemy w niej zamontować wodoodporny dach, więc nawet deszcz nie stanowi przeszkody w zdjęciach. Ważny jest moment wejścia fotografa do czatowni.



Musi być ono niezauważalne dla ptaków. Jeżeli są one w pobliżu ,podchodzę do kryjówki z żoną. Ja-ukrywam się w środku-a ona spokojnie odchodzi. Ptaki nie potrafią liczyć, więc widząc, że intruz oddala się- spokojnie podejmują swoje codzienne czynności. A o to przecież fotografowi chodzi. Mam nadzieję, że te kilka luźnych uwag, pomoże Państwu w fotografowaniu (nie tylko ptaków oczywiście).