Tajemnica stogu siana.

Zima tego roku nie była zbyt mroźna i śnieżna. Za to często padał deszcz i deszcz ze śniegiem. Gleba nawet nie zdążyła jeszcze zamarznąć a już przychodziło ocieplenie i roztopy. Na polanach, łąkach i polach swoją działalność rozpoczęły krety a myszy polne ”urzędowały„ ,jakby był początek wiosny.

Penetrując z aparatem fotograficznym okolice starego lotniska, na którego skraju powstał ośrodek hippiczny, zauważyłem w okolicach kępy starych drzew, ruch dużych ptaków. Z początku wydawało mi się, że widzę myszołowy, ale przez lornetkę okazało się, że są to jastrzębie.

Zdziwiłem się, gdyż dość rzadko widuje się te drapieżniki w otwartym terenie i to jeszcze kilkaset metrów od zabudowań ludzkich. Poza tym zachowywały się dziwnie – atakując z drzew (niewidoczne dla mnie) cele na ziemi.

Nie chcąc płoszyć tych nad wyraz czujnych i ostrożnych ptaków, przepatrzyłem teren w pobliżu i znalazłem miejsce na idealną kryjówkę. Niedaleko od kępy drzew bowiem, stały duże, ponad 7 metrowe stogi z kostek prasowanego siana. Służyły prawdopodobnie jako materiał na ściółkę do stajni w ośrodku jeździeckim. Kostki siana były ułożone w kształcie piramid i dość twarde.

Czyli po nich, jak po schodach, można było spokojnie wdrapać się, prawie na szczyt stogu, by tam dyskretnie urządzić kryjówkę dla fotografa, statywu i aparatu fotograficznego z teleobiektywem i konwerterem. Oczywiście najpierw uzyskałem na to zgodę właściciela terenu. On też trochę fotografował, więc obiecał sobie że sam później wykorzysta moje czatownie. Kryjówka miała dużo zalet :fantastyczne umiejscowienie, bo z wysokości ok. 4 metrów, miałem bezpośredni widok na łąkę, na której polowały jastrzębie i na kępę drzew. Byłem całkowicie niewidoczny a wygląd stogu siana nie zmienił się.

W środku było względnie ciepło , ponieważ wnętrze wyłożyłem płytami sklejki Nawet poruszając się trochę - nie było słychać na zewnątrz ,żadnych niepokojących dźwięków. Miało też jednak swoje minusy. Po pierwsze: trzeba było w nim siedzieć (od bardzo wczesnego rana), w bardzo niewygodnej pozycji. Po drugie: para z mojego oddechu skraplała się i cały czas walczyłem z zaparowanym wizjerem aparatu. Po trzecie- było duszno, ciemno i nie oszukujmy się-nudno. Miałem więc włączoną przez cały czas latarkę diodową a w uchu słuchawkę od kieszonkowego radia. Przesiedziałem obserwując, tak bez przerwy 12 godzin, co 3 godziny popijając z termosu gorącą , słodką kawę. W tym pierwszym dniu czatowania, fotografowałem jedynie ok. godziny i to wcale nie jastrzębie! Otóż naprzeciw, na szczycie sąsiedniej kopy sprasowanego siana, przysiadał co kilkadziesiąt minut piękny sokół, który polował w okolicy.

Widziałem, że jastrzębie chciały go zaatakować- ale nie mogły go dogonić. A on w pościgu za wróblowatymi ptaszkami, uderzał je szponami w locie (w okolicę szyi) i strącał na ziemię.

Potem zdobycz tak, żeby jastrzębie nie zauważyły –przenosił, właśnie na szczyt sąsiedniego stogu - na wprost mojego wycelowanego obiektywu. Zmierzyłem po zdjęciach, z jakiej odległości go fotografowałem – równo 24m.

To dobrze świadczy o jakości Nikkora AF-S 300\4. A jeszcze lepiej o moim starym teleconverterze 2x Vivitar (którego używałem jeszcze z Nikonem FA). Jakość wykonanych zdjęć jest bez zarzutu. Jastrzębie zaś, tylko obserwując - pozostawiłem na dzień następny. Aby móc jednak je sfotografować w odpowiedniej perspektywie –musiałem się przenieść do drugiej czatowni, tym razem u podnóża stogu. Polowały bowiem (na pewno się zdziwicie !) na krety!

Z drzew obserwowały jak rosną nowe kopczyki świeżej ziemi. Po cichu (poziomym lotem) podlatywały do takiego kopca i wbijając szpony w miękką ziemię – gwałtownie wydobywały kreta na powierzchnię. Z tego co udało mi się dojrzeć –ginął w wyniku szarpnięcia dziobem za kark. A szpony jastrząb przecież ma też potężne!

W mojej nowej kryjówce, było już wietrzenie – przeciągnąłem między kostkami siana dwie giętkie rury ,używane w odkurzaczach. I rzeczywiście – nie było duszno i wizjer mojego F-90X nie parował. Ale za to po kilku godzinach siedzenia bez ruchu w wąskiej strudze zimnego powietrza – zdrętwiałem z zimna do szczętu (nie pomógł gruby sweter i ciepła kurtka). Poza tym , czułem się trochę niepewnie , bo szalowanie stropu czatowni robiliśmy w nocy i w pośpiechu. Gdyby nie wytrzymało- mogłoby się zwalić na mnie kilka ton sprasowanej słomy. Mając przy sobie telefon komórkowy, miałem łączność z żoną i gdy już nie mogłem dłużej wytrzymać –prosiłem o chwilę oddechu na zewnątrz. Żona w towarzystwie dwóch znajomych podchodziła (niby przypadkiem) do stogu, dyskretnie wypuszczała mnie z ukrycia i razem , grupą spokojnie odchodziliśmy. Gdy odpocząłem - znowu w kilka osób, podchodziliśmy do stogu (ja dyskretnie się chowałem w kryjówce) a oni razem, spacerkiem się oddalali. Jastrzębie pilnie to obserwowały z drzew- ale ptaki nie potrafią liczyć ! Czyli, gdy niebezpieczeństwo się oddaliło- znów wracały do polowania na krety. Po uśmierceniu zdobyczy- kilka minut go oskubywały z sierści .Potem w dwóch –trzech kawałkach- połykały w całości. Nie był to widok zbyt estetyczny i dlatego część zdjęć zdyskwalifikowałem ze względu na wrażliwość odbiorców. Ale przeżycia miałem niezapomniane! Zużyłem 12 rolek filmu (mojej ukochanej 400 Fuji Superii ). Jastrzębie ,podlatując do krecich kopców, leciały przez pewien czas poziomo.

To umożliwiło mi, wykonanie ich zdjęć w locie. Przypominam ,że dysponując zestawem o łącznej ogniskowej 600mm –można uzyskać satysfakcjonujący nas efekt tylko (!) przy użyciu statywu ! Zapomnijmy o fotografowaniu z ręki! Płynnie więc (dzięki ułożyskowanej głowicy), prowadziłem za drapieżnikiem teleobiektyw (przy poziomym locie ptaka). Najlepszy efekt osiągałem przy czasie 1\800 sekundy. Drapieżnik był wtedy ostry – a tło lekko rozmazane.

Sprawdzała się tu znakomicie przerobiona głowica (ułożyskowana w poziomie) od drewnianego statywu firmy Wolf z założoną głowicą wideo Manfrotto i wpięty w to (na długiej płytce- szybkozłączce) zestaw: aparat fotograficzny, teleconverter 2x i teleobiektyw. Do dolnej części kolumny głowicy (za pomocą obejmy od lusterka rowerowego) założyłem klips, przymocowany do pętli ze skórzanego pasa, zwisającej w dół. Aby zapewnić stabilność statywu, w tę pętlę wsunąłem na czas zdjęć, podłużny worek, wypełniony luźno piaskiem (mogą być to dwie reklamówki z ziemią, związane z sobą). Zwisają, po obu stronach pętli, w osi głowicy statywowej - dociążają mi cały statyw a przez swą bezwładność, dodatkowo likwidują drgania, przy poruszaniu poziomym aparatu i teleobiektywu za lecącym celem.

Czas 1\800 sekundy, przy sumarycznej przysłonie 8 mojego zestawu, był możliwy do uzyskania jedynie wtedy- gdy słońce oświetlało bezpośrednio lecącego drapieżnika. Bo gdy już wylądował, udawały się nawet zdjęcia robione przy czasie 1\60 sek (oczywiście cały czas ze statywu). W obu czatowniach (górnej i dolnej) spędziłem w sumie trzy dni. Po powrocie do domu, oglądając już gotowe zdjęcia stwierdziłem, że jednak opłacało się trochę poświęcenia.

Kryjówek nie zlikwidowałem. Będzie się o nie troszczyć właściciel stogów i pola. Na pewno więc, jeszcze o ptasich drapieżcach usłyszycie....